33. PKO Wrocław Maraton – mój trzeci maraton (porażka)

Dość długo zabierałem się do napisania tej relacji ze względów, które zawiera tytuł tego wpisu. Wcześniej opisałem czwarty i piąty maraton, niż ten trzeci.

Zaczęło się 26 lipca. Podczas długiego wybiegania pojawił się ból w okolicy kości strzałkowej. 27 lipca wybiegiem, żeby sprawdzić jak wygląda sytuacja. Zrobiłem 8km i ledwo wróciłem do domu. Zdecydowanie nie dało się biegać. To był dramat bo naprawdę ciężko pracowałem przed maratonem. Nie odpuściłem nawet w wakacje. ćwiczyłem, biegałem, dawałem z siebie wszystko i to chyba właśnie był problem – dałem z siebie za dużo, więc nie mogło się to skończyć inaczej.

Wiedziałem, że będzie pauza, ale nie zdawałem sobie sprawy, że potrwa tak długo. Okazało się, że to zespół mięśnia piszczelowego przedniego.

Ja i moja rodzina wytrzymaliśmy dwa dni mojego bezruchu :). Już 29 lipca poszedłem na rower. Wspólnie z żoną zacząłem też jeździć na rolkach. I co? I nic. Nie odczuwałem żadnego dyskomfortu. Mimo to próba biegu = dotkliwy ból.

11 sierpnia przebiegłem 1,5km. Co za koszmar. Po pierwsze byłem zmęczony tym dystansem :). Po drugie ból wcale nie ustąpił, co tylko mnie rozwścieczyło, bo tak długa przerwa praktycznie nic nie zmieniła. Postanowiłem, że nie będę dłużej czekał. Dwa dni później przebiegłem 3km. Następnego dnia 6km, kolejne dwa dni później 10km. Oswoiłem się z bólem. Datę 23 sierpnia uznaję za powrót do regularnych treningów. Wtedy też przestałem jeździć na rowerze i na rolkach. Wtedy ból zaczął zanikać. Przez każdy z tych 4 tygodni przerwy w regularnych treningach biegowych pokonywałem około 200km na rolkach i rowerze (tygodniowo).

Powrót do biegania okazał się nie taki straszny jak to się na początku wydawało. Bardzo szybko wracałem do formy. Wydolność oddechowa i krążeniowa znacznie przewyższała wydolność mięśniową. Morał z tego taki, że do jazdy na rowerze i rolkach wykorzystujemy inne mięśnie niż do biegania i te dyscypliny można traktować tylko jako dodatek do biegania. Na pewno nie przygotują nas biegowo. Należy jednak zaznaczyć, że wydolność oddechową miałem fantastyczną po tej przerwie.

Najdłuższy dystans jaki przebiegłem jednorazowo od „po kontuzji” do dnia maratonu tj. 13.09.2015r. to 20km!!!

Niestety mimo to porwałem się na ten maraton. Na swoją obronę dodam tylko, że przez pozostałe 4 miesiące przygotowywałem się na czas 3:00:00 i szło mi naprawdę nieźle. Dlatego czułem (wydawało mi się) , że mogę. Niewiele czasu było potrzeba, żeby się okazało, że NIE mogę.

Dzień startu był bardzo gorący jak na maraton. Podczas startu duże zachmurzenie i 15 stopni, ale potem blisko 25 stopni i patelnia. Zacząłem wolniejszym tempem, a potem chciałem przyspieszać. Pierwsza dyszka ze średnią prędkością 4:18min/km. Było spoko. W międzyczasie wyszło słońce i zaczynało powoli prażyć. Do 17km bez problemu utrzymywałem tempo. Robiło się coraz cieplej i to spowodowało, że podjąłem decyzję, że porzucam pomysł o łamaniu 3:00:00. Zwolniłem do około 4:27min/km. Na 23 jeszcze trochę zwolniłem. Miałem poczucie, że tym tempem to choćby do mety. Na 29 pojawił się cholernie nieprzyjemny, ostry ból w prawym biodrze. Na 31 km miałem już 5:15min/km na blacie. 32km — 6:11min/km. Przeszedłem jeszcze 3 km i NIESTETY zszedłem z trasy.

Itu zaczyna się— historia, którą każdy powinien wzjąć sobiedo serca. Postanowiłem ją osobno opisać ku przestrodze: Maratończycy, NIE schodźcie z trasy.

Ostatecznie do miasteczka maratońskiego zlokalizowanego przy mecie docieram po 4:10:00 od startu. Bez dodatkowych przygód złamałbym 4h i otrzymałbym drugą część medalu. Miałbym komplecik z wrocławskich biegów: półmaratonu i z maratonu (składały się w tym roku w całość). Niestety nie mam.

Otrzymałem za to bardzo ważną lekcję, którą sobie dobrze zapamiętam:

Po pierwsze: nie jesteś gotowy, nie porywaj się na życiówki na maratonie. Marne szanse, żeby się udało.

Po drugie: NIE schodź z TRASY!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.