Orlen Warsaw Marathon 2015 – mój drugi maraton (3:15:30)

26 kwietnia 2015r.

ORLEN Warsaw Marathon 2015
ORLEN Warsaw Marathon 2015

Co to był za bieg… zacznijmy od pogody. Sobota nie nastrajała zbyt optymistycznie. Było bezwietrznie, ale za to bardzo słonecznie i ciepło. Na szczęście w niedzielę po pobudce z ulgą oglądałem pełne zachmurzenie. Temperatura trochę powyżej 10 stopni. Gdy szliśmy z hotelu na stadion nawet lekko mrzyło, tak więc pogoda super. Wielka ulga. Przed startem wizyta w depozytach, toi-toiu, rozgrzewka i do sektorów startowych.

Start. Walka się rozpoczyna. Na początku trochę ciasno, ale dość szybko można już utrzymywać zamierzone tempo. Połykamy kilometry, a to co po drodze widzimy po prostu ścina z nóg, np. wyprzedza nas biegacz z niedowładem ręki i nogi, albo biegną dwaj mężczyźni, a naszą uwagę zwraca sznurek, który obaj trzymają, są nim połączeni. Zastanawiam się o co chodzi, ale jedno słowo na koszulce jednego z nich wszystko wyjaśnia: NIEWIDOMY. Takie widoki powodują, że człowiek (jak to powiedział Krzysiek) czuje się jak wóz z węglem. To ci ludzie właśnie zasługują na Szacunek przez duże S. Na trasie przez długi czas spora liczba biegaczy nas wyprzedza, ale my też wiele osób wyprzedzamy, aż w końcu sytuacja się stabilizuje. Cały czas zachowujemy optymalną linię biegu. Na początku liczę każdy kilometr, ale potem zaczynam zwracać uwagę na zegarku tylko na tempo, a kilometraż odliczam za pomocą punktów pomiaru rozstawionych co 5km. Sprawdzam przy okazji czy mieścimy się w założonym tempie. Jeden z biegaczy uświadomił mi, że na punktach pomiarowych pokazany jest czas brutto, a więc mamy nawet trochę zapasu, który zostanie na gorsze czasy :).

Przed 30km rozłączamy się z Krzyśkiem. Gdzieś w oddali widzę pacemakera na 3:15:00. W mojej głowie rodzi się pomysł: dogonię go, a przez najgorszą część biegu będę mógł bezmyślnie biec obok niego nie pilnując tempa bo to jego rola. Zrzucę z siebie ten obowiązek, będzie mi się łatwiej biegło. Zaczynam realizować swój plan. Po 8km doganiam go. Nie zajechałem się, a jednocześnie czuję ulgę. Biegnę sobie za nim, ale mój niepokój zaczyna wzbudzać fakt, że on patrzy na zegarek średnio co 3 sekundy. W dodatku reaguje na każde wahnięcie tempa na zegarku przyspieszając lub zwalniając. Poza tym pamiętem, że gdy mnie mijał na początku biegł z nim tłum ludzi. Teraz było ich może 10-ciu. Jak na 10tys. startujących to trochę mało. Szybciutko zrozumiałem dlaczego tak jest bo po pięciu kilometrach takiego biegu byłem zajechany! Ten gość zafundował tym biednym biegaczom interwały na maratonie bo nie potrafił utrzymać stałego tempa. Byłem wściekły i w dodatku czułem się zmęczony. Nigdy więcej pacemakerów. Zamiast go gonić mogłem tylko nieznacznie przyspieszyć i trzymać to tempo do samego końca. Prawdopodobnie przybiegłbym na metę przed nim bez bezsensownego zajeżdżania się nierównym tempem. Zostały mi 2km. Było ciężko. na podbiegu na most miałem ochotę stanąć, ale na szczęście potencjalny wstyd na mecie jednak mi na to nie pozwolił. Jestem na ostatniej prostej. Widzę zegar. Zostało mi tylko 40 sekund na zmieszczenie się w 3:15:59 brutto :). Przyspieszam. Jest, udało się. Jestem przeszczęśliwy.

W strefie biegacza pustki :). Idę po depozyt, tu też pustki :). Szukam naszych dziewczyn przez 20 minut, ale nie mogę znaleźć, a nie mam telefonu. Idę pod prysznic i spotykam Krzyśka. Przy prysznicach pustki :). Nie mam ciepłej wody, ale Krzysiek wspaniałomyślnie polewa mnie przez ścianę swoim ciepłym prysznicem. W między czasie zmieniają się ludzie w innych kabinach i kogo słyszę? NIEWIDOMEGO, który mnie wyprzedzał po drodze. Nie mógł znaleźć słuchawki prysznica, więc wytłumaczyłem mu gdzie jest, pogratulowałem i wyszedłem. Nie wiedzieliśmy gdzie są wszyscy, ale poprosiliśmy biegacza z telefonem, aby pozwolił nam zadzwonić. Idziemy na zasłużone piwko. Okazuje się, że wszyscy zrobili życiówki:

Orlen_2015_1Krzysiek (3378) – 3:26:27 – pobił poprzednią życiówkę o 21 minut!

Wojtek (4408) – 3:29:25 – standardowo: jak założył tak zrobił. Wjechał na metę jak lokomotywa 🙂

Janek (5730) – 3:26:28 – co za debiut! Jest moc. 42-gi kilometr w tempie 4:00 min/km.

Marcin (3800) – 3:15:30

Ahhh, życie jest piękne.

Jeszcze tylko dodam, że organizacja była na najwyższym poziomie. Nigdzie na nic nie czekaliśmy. Wszystko załatwialiśmy od ręki. Nawet do toi-toi nie czekaliśmy, a z reguły na biegach dzieją się pod nimi dantejskie sceny. Jeśli ktoś się zastanawia czy wziąć udział w tym maratonie to niech przestanie i po prostu w nim pobiegnie.

2 myśli na temat “Orlen Warsaw Marathon 2015 – mój drugi maraton (3:15:30)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.